Rozdział
17
- Nie, to wcale nie tak.
To wszystko nie tak. – załamany Kade, potarł twarz dłońmi. – Muszę mu to
wyjaśnić. To wcale tak nie było.
- Chcesz powiedzieć, że
nie zdradziłeś Collena? – na twarzy jego matki malowało się zmieszanie. Kobieta
chyba się pogubiła i nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć.
Anders wcale się jej nie
dziwił. Sam był tym trochę zdezorientowany, a przecież jakby na to nie patrzeć,
był uczestnikiem całego zdarzenia. Wiedział tylko, że zależało mu na Shane’ie,
jak na nikim wcześniej. A to ostatnie z Lucy… To było zwyczajne pożegnanie.
Definitywne zakończenie ich romansu.
- Nie. Tak. O rany! To
jest trochę pogmatwane. – odchylił się i oparł głowę na oparciu starego fotela.
Znajdowali się w salonie ich rodzinnego domu. Matka zaciągnęła go siłą do
środka, mówiąc, że nie będzie z nim dyskutowała na dziesięciostopniowym mrozie.
Kazała mu się rozebrać i usiąść w salonie, a sama zniknęła w kuchni, z której wróciła
dopiero po kilku minutach, niosąc dwa kubki parującej herbaty. I nie musiała
nawet podchodzić, by Kade poczuł, że kobieta przyrządziła swoją sławetną
herbatę imbirową.
Nie pociągnęli wtedy dalej
rozmowy. Anders zbyt dobrze znał swoją rodzicielkę, by wiedzieć, że ta jedynie
zgromi go wzrokiem i znowu wyjdzie bez słowa. Zdaniem jego matki, poważne
rozmowy powinno się odbywać przy gorącej kawie lub herbacie i kawałku ciasta.
Kade nie miał pojęcia kiedy i w jakim babskim czasopiśmie to wyczytała, ale trzymała
się tego zębami i pazurami, przestrzegając jak dziesięciu przykazań.
Pod nieobecność kobiety miał
możliwość spokojnie rozejrzeć się po pokoju. Nic się tu nie zmieniło. Te same
stare, funkcjonalne meble, mające na celu bardziej wygodę użytkownika, niż elegancki,
ekskluzywny wygląd, jak to było w jego mieszkaniu. Stary telewizor, który
pamiętał lepsze czasy i ręczne robione serwetki oraz narzuta. Kilka porcelanowych
figurek stojących na kredensie i srebrna zastawa, którą kupił mamie na ostatnie
urodziny. Swoją drogą dopiero teraz zauważył, jak bardzo nie pasowała do tego
miejsca. Mama widocznie chciała sprawić mu przyjemność, układając ją na widoku.
A może zwyczajnie chwaliła się nią sąsiadkom. Nie, to nie było w stylu jego
mamy. Może i się nią chwaliła, ale w kontekście, że jej syn miał dobrą pracę i
nie szczędził pieniędzy na rodzinę, kupując jej drogie prezenty. Tak, to było
bardziej w stylu jego rodzicielki.
- Zdradziłeś Shane’a? –
zapytała mama, pochylając się w jego stronę, nad niskim blatem stolika. Dopiero
teraz zauważył, że odpłynął myślami.
- Tak. Zdradziłem swojego
partnera. Ale nie tak, jak on myśli, że to zrobiłem. – dodał pośpiesznie.
- A skąd możesz wiedzieć,
co on myśli? Rozmawiałeś z nim o tym? – Kade zacisnął zęby, uciekając wzrokiem
w bok. – Po twojej minie poznaje, że nie. Więc skąd możesz wiedzieć, co myśli
Shane? Nie wiesz tego. – wycelowała w jego stronę oskarżycielsko palcem.
- Porozmawiam z nim.
Wytłumaczę mu…
- Nie. – przerwał mu głos
brata. Nawet nie zauważył kiedy Ian wszedł do środka. Gdyby nie jego głos,
zapewne nie zauważyłby go, dopóki nie chciałby wyjść z pokoju i zderzył się z
nim w przejściu.
- Nie. – powtórzył Ian. –
Nie zbliżaj się do niego. – rzucił nim wyszedł. I tyle go widzieli.
- Twój brat ma rację.
Zostaw Shane’a w spokoju. Już dość namieszałeś. Pozwól, by teraz ktoś inny o
niego zadbał.
Spojrzał na mamę spod
łba, niezadowolony z jej słów. Ale jak miał jej wytłumaczyć, że rudzielec jest
dla niego naprawdę ważny? Zależy mu na nim. I nie ma zamiaru pozwalać komuś
innemu zajmować się JEGO partnerem. To nie wchodziło w grę. Wyjaśni wszystko
Shane’owi i przeprosi go. Możliwe, że kochankowi zajmie pewien czas wybaczenie
mu, ale znowu będą razem. Shane nie mógł tak po prostu go zostawić, odciąć się
od niego. Nie mógłby przekreślić tych wszystkich wspólnych lat.
Nie mógłby.
Prawda?
***
- Może chcesz jeszcze
dokładkę? – spytała babcia, stając koło niego z wazą pełną „śmieciówki”, jak
nazywał tą warzywną zupę, w której znajdowała się chyba połowa zawartości
lodówki. Shane skrzywił się, czując przesyt.
- Nie, dziękuję. Jeśli
zjem jeszcze choć odrobinę to pęknę. – poklepał się po płaskim brzuchu.
- Nie gadaj głupot, młody
człowieku. Wyglądasz, jak sama skóra i kości. Tak to jest, gdy żywi się tylko tym
przetwarzanym chemicznie, miastowym jedzeniem, a nie tym, które samemu się
wyhodowało. – rzucił dziadek. Na jego bujnym, siwym wąsie osiadła część zawartości
jego półmiska, rozbawiając Shane’a. Te „koraliki” z marchewki i ziemniaka
wyglądały przezabawnie, poruszając się, gdy staruszek mówił. Rudzielec
przygryzł wargę, by nie parsknąć śmiechem. Co było naprawdę dużym postępem.
Jeszcze kilka dni temu musiał zmuszać się do wykrzywienia warg w czymś na
kształt uśmiechu.
- Nie gadaj głupot stary
głupcze. – powiedziała babcia, dolewając dziadkowi zupy. – I wytrzyj się, bo
twój wnuk zakrztusi się własnym śmiechem, patrząc na twoją brudną facjatę. A co
ja zrobię z tobą sama, gdy padnie? Umarłabym z nudów, zamęczona twoim ciągłym
gadaniem.
- Nie brzęcz, kobieto. – staruszek
machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę. – Mówię ci synu, nie ma nic
lepszego, niż ziemniaki, które się własnoręcznie kopało i owoce z drzew, które się
samemu sadziło. Zapewniam cię, że wszystko, co znajduje się w tej zupie,
pochodzi z naszego ogródka. – uderzył pięścią w wypiętą dumnie pierś.
Shane uśmiechnął się
złośliwie, wyławiając z zupy czarną kulkę.
- Pieprz też? – nie mógł
się powstrzymać.
- Co? – dziadek zamrugał
zaskoczony, a później wydął pełne, szerokie wargi i zmarszczył czoło. – Ty,
smarku nie bądź taki mądry. – pogroził mu palcem ze srogą miną, ale Shane nie
wziął tego na poważnie. Jego dziadek często srożył i warczał, ale nigdy nie
widział, by podniósł na kogoś rękę. Nazwałby go potulnym, jak baranek, gdyby
nie ten jego parszywy charakter.
- Daj już chłopakowi
spokój. – ofuknęła go babcia, zdzielając męża ścierką w ramie. – Zamiast tego
ruszyłbyś się i przyniósł drwa, bo w kominku dogasa.
- Ja pójdę.
- Ty siedź. Pomożesz mi w
kuchni. – zatrzymała go, gdy się podnosił z krzesła.
- To nie problem. Mogę
najpierw narąbać drewna, a później pomóc ci w kuchni. – zapewnił, pośpiesznie,
gdy zobaczył błagalny wzrok dziadka. Ten stary wyjadacz doskonale wiedział, jak
z nim pogrywać i niejednokrotnie to wykorzystywał. A on nie miał serca mu
odmawiać. Przeważnie.
- No właśnie. Młody jest.
Sprawny. Ma dużo siły. A ja stary jestem. Och! I jak bardzo bolą mnie kolana. –
pomasował się po jednym. – Przecież mówiłem ci, jak bardzo mnie bolą. – tym
razem spojrzał błagalnie na małżonkę, która odpowiedziała jedynie uniesieniem
do góry jednej brwi. – No przecież mówiłem, że mnie boli. – brew podjechała
jeszcze wyżej.
Shane zachichotał w
otwartą dłoń. Uwielbiał przekomarzania dziadków. Mógł na to patrzeć całymi godzinami
i nigdy mu się nie nudziło.
- Dziadku. – odchrząknął,
starając się zdusić cisnący mu się na usta uśmiech. – Jesteś pewien? Dałbym głowę,
że widziałem cię dzisiaj, goniącego jednego z kotów pani Smiphers.
- Ten wstrętny futrzak
przychodzi załatwiać się w moim warsztacie! Musiałem mu dać nauczkę! – oburzył
się mężczyzna, czerwieniejąc gwałtownie na twarzy, gdy zrozumiał, że dał się podpuścić.
– Wyhodowałem żmije na własnej piersi.
Rudzielec wybuchnął
śmiechem, odrzucając głowę do tył. Nie mógł zobaczyć, jak dziadkowie spoglądają
na siebie znacząco, a w kącikach ich starych, mądrych oczu, czają się łzy
radości.
***
Kade leżał na łóżku z
założonymi pod głowę rękami. Wpatrywał się w śnieżnobiały sufit. Pamiętał, że
gdy był tu ostatnio, w czasie wakacji, farba łuszczyła się, pożółkła, a nawet
zaczynała gdzieniegdzie odpadać. Teraz sufit i ściany wyglądały na czyste i
świeżo pomalowane. I nie tylko jego pokój tak wyglądał. Cały dom wyglądał,
jakby przeszedł gruntowny remont. Ian musiał mieć tej jesieni naprawdę dużo
roboty. Bo wątpił, by pozwolił komuś innemu się tym zająć. Jego brat traktował
sprawy domu i gospodarstwa bardzo osobiście. Jako swój obowiązek. Właściwie to
traktował tak wszystkie sprawy związane z ich rodziną.
I za to Kade go jednocześnie
kochał jak i nienawidził.
Ian po śmierci ojca przejął
na siebie większość obowiązków związanych z prowadzeniem gospodarstwa. Starał
się też zastąpić mu ojca, przez co bywał czasami zbyt surowy i oschły. Kade to
doskonale rozumiał. W wieku, gdy większość chłopaków mówiła, że dziewczyny są nudne
i głupie, bo nie lubią się bawić żabami i zajmowała się podrzucaniem koleżankom
płazów do plecaków, jego brat harował ciężko na ich utrzymanie, cudem godząc
prace z nauką.
Podziwiał go za to.
Jednak czasami marzył o
tym, by mieć starszego brata, a nie zastępczego ojca. Chciał brata, z którym
dzieliłby sekrety. Z którym mógłby porozmawiać o problemach w szkole, o meczu
piłkarskim, czy nawet o swoim pierwszym razie. Marzył o bracie, który byłby jego
przyjacielem i opiekunem. Ian zwykle go ignorował, dopóki czegoś nie nabroił lub
nie był mu potrzebny przy zwierzętach.
I to miał mu za złe. Za
to go nienawidził.
A także za to, że jego
brat miał na tyle wielkie jaja, by podejść do Shane’a, który odśnieżał podjazd
i bez pardonu go przytulić. Nie zważał nawet na krzyki, groźby i narzekania
rudzielca, który po chwili rozbeczał się i wtulił w szerokie ramiona Iana.
A on co? Stał w oknie i
gapił się, jak Ian przytula jego „byłego” partnera.
Tak bardzo go za to
nienawidził.
Nienawidził go za to, że
Shane z nim rozmawiał, pozwalał się obejmować. Ostatnio nawet uśmiechał się w
jego towarzystwie. Jak można było się uśmiechać w obecności Iana? Przecież jego
brat nie posiadał w sobie choćby grama poczucia humoru.
Collen pozwalał Ianowi
być tak blisko siebie, a jemu…
Gdy Kade podszedł do
rudzielca bliżej, niż na pięćdziesiąt kroków, Shane automatycznie uciekał.
Chował się przed nim z takim wyrazem twarzy, jakby się go bał. Albo raczej
jakby bał się, że zatłucze mu dziadka harmonią. Ze strachem, wyrzutem,
smutkiem, gniewem… Z tyloma negatywnymi emocjami. A jeszcze tak niedawno na
jego widok, tą słodką, bladą, piegowatą twarzyczkę rozjaśniał szeroki uśmiech.
To tak bardzo bolało.
Świadomość, że tak bardzo
zranił swojego partnera, przyjaciela, rozrywała jego duszę na strzępy. Zniszczył
ich związek. Roztrzaskał zaufanie, którym darzył go Shane. A teraz nie miał go
nawet jak przeprosić. Chyba już wszystkiego próbował.
Dzwonił do niego, pisał,
próbował rozmawiać. Wysłał mu nawet prezenty. Kwiaty, czekoladki, kosz owoców.
Wszystko do niego wróciło w nienaruszonym stanie.
Nie miał pojęcia, co mógł
jeszcze zrobić.
A sprawa wyglądała coraz
gorzej.
Zwłaszcza, że tego
popołudnia do Collena przyjechał gość, którego za nic w świecie się nie
spodziewał. A powinien, bo mężczyzna tylko czekał, aż powinie mu się noga, by
wkroczyć do działania i zagarnąć ślicznego rudzielca. Z tym, że tym razem, Kade
nie był wstanie zrobić nic, by powstrzymać Danielsa.
***
Shane wyprostował się
znad łopaty, słysząc w pobliżu trzaśnięcie drzwiami samochodu. Zamrugał
zaskoczony, widząc znajomą sylwetkę zmierzającą w jego stronę.
- Cole! – uśmiechnął się
szeroko na jego widok. – Miło cię widzieć. Co cię do nas sprowadza?
- Czołem, dzieciaku. –
mężczyzna zamiast przyjąć wyciągniętą dłoń, przyciągnął go do mocnego uścisku.
– Byłem ciekawy co u ciebie słychać. Co prawda rozmawialiśmy w Wigilie i
wszystko wydawało się ok, ale wolałem naocznie się o tym przekonać.
- To miło z twojej
strony. – powiedział, rozczulony troską przyjaciela. Daniels przejechał dość
długą drogę, by sprawdzić, co u niego. To było naprawdę miłe. Aż cieszył się,
że na dworze było dostatecznie zimno, bo ciemnoróżowe rumieńce mógł zrzucić na
karby zmarznięcia i zmęczenia.
- W końcu miły ze mnie
facet. – Cole puścił mu oczko.
- W to nigdy nie
wątpiłem. Zwłaszcza, gdy na budowie nasłuchałem się epitetów i wszelkiego
rodzaju przezwisk i gróźb pod twoim adresem. – potaknął z rozbawieniem
wypisanym na twarzy.
- Nie moja wina, że
pracuję z idiotami, którym trzeba po dziesięć razy powtarzać to samo. –
wzruszył ramionami.
- Taaak? To dlatego
nazywają cię poganiaczem niewolników, maszyną i dupkiem bez skrupułów?
- Mój ojciec powinien
uważać, co mówi w twojej obecności. – Cole wyglądał na oburzonego tym, co
usłyszał.
- A skąd wiesz, że to
właśnie on cię tak nazwał? – jego policzki zapiekły jeszcze mocniej, gdy
Daniels pochylił się w jego stronę, stając z nim niemal nos w nos. Z tej
odległości mógł dostrzec ciemniejsze plamki w jego zielono-żółtych oczach.
- Bo tylko on ma na tyle
odwagi, by powiedzieć mi to w twarz i ujść z tego cało.
Parsknął śmiechem,
czując, jak łzy rozbawienia napływają mu do oczu.
- Jesteście niemożliwi. –
ściągnął wełniane rękawiczki i otarł oczy wierzchem dłoni. – Aż rozbolały mnie
policzki od tego ciągłego uśmiechania.
- Zawsze do usług. – na
twarzy Danielsa pojawił się pełny uśmiech, który całkowicie zmienił jego twarz.
Cole należał do grona mężczyzn, którzy rzadko uśmiechają się całymi sobą, ale
kiedy już to robili, wyglądali tak, że aż człowiek zamierał oczarowany tym
widokiem.
Shane zagapił się na jego
twarz, czując, że nie może oderwać od niej wzroku. Cole się uśmiechał. Naprawdę
uśmiechał. Nie był to półuśmiech, czy krzywy uśmieszek, przez który wyglądał,
jak seksowny pirat. To był pełen, szczery uśmiech.
- Wow. – wyszło z jego
ust wbrew niemu.
- Co? – uśmiech zszedł z
twarzy starszego mężczyzny. Wyglądał na zdziwionego, a nawet lekko
zaniepokojonego jego reakcją.
- Powinieneś częściej się
uśmiechać. – powiedział, nadal nie odrywając od niego wzroku. Nadal był pod
wpływem tego niecodziennego widoku.
- A zgodzisz się ze mną
umówić, jeśli obiecam uśmiechnąć się na koniec randki? – Shane prychnął kpiąco
na ten tani chwyt. – No co? Musiałem spróbować.
- Na twoim miejscu wymyśliłbym
coś lepszego.
- Wiesz, potrafię być
bardzo kreatywny, gdy wymaga tego sytuacja. – w oczach Cola pojawiło się coś
drapieżnego, coś, co powodowało u Shane’a dreszcze i gęsią skórkę, która nie
miała nic wspólnego z niską temperaturą. Przełknął głośniej ślinę, czując się
nagle niepewnie. Niczym zwierzyna łowna stojąca tuż przed niebezpiecznym
drapieżnikiem. Nawet nie drgnął w obawie, że ten rzuci się za nim w pogoń.
- Jestem tego pewien. –
udało mu się wykrztusić przez zduszone gardło. Oblizał nagle wyschnięte wargi,
wcale nie zaskoczony, gdy kocie oczy podążyły za ruchem jego języka.
- Kto przyszedł? –
usłyszał za sobą głos dziadka. W duchu podziękował staruszkowi, że się pojawił
i ściągnął na siebie wzrok tych magnetycznych oczu, uwalniając go spod ich
wpływu. Te oczy były zbyt niebezpieczne. Przez nie pragnął tak wielu rzeczy.
Zbyt niebezpiecznych i niewłaściwych rzeczy.
- Dzień dobry. Nazywam
się Cole Daniels. – przedstawił się mężczyzna zwracając się do jego dziadka, a
Shane pluł sobie w brodę za swoją słabość. To on powinien dokonać prezentacji.
Tego wymagało dobre wychowanie.
- Dziadku, to jest ten
kolega, o którym ci opowiadałem. Czasami współpracujemy przy niektórych
projektach. – otrząsnął się szybko. – Cole, to jest mój dziadek. Edward Norton.
Cole przyjechał sprawdzić, jak się trzymam. Chyba bał się, że popadam w
depresje. – uśmiechnął się krzywo, próbując zażartować.
Staruszek przyjrzał się
uważnie brunetowi spod swych krzaczastych, zmarszczonych brwi. Co było dziwne,
Daniels automatycznie wyprostował się pod obstrzałem wodnisto niebieskich oczu
dziadka, jakby starał się lepiej wypaść podczas oględzin. I musiały one wypaść
pozytywnie, bo dziadek potaknął, a jego czoło z lekka się wygładziło.
- To bardzo miło z jego
strony, prawda Shane? – zagadnął staruszek.
- Jak najbardziej. –
przytaknął, uśmiechając się, gdy Cole wyraźnie się odprężył i odetchnął.
- To czemu trzymasz
gościa na dworze? Proś go do domu. Ach wy młodzi, za grosz kultury. Za moich
czasów… - głos staruszka cichł z każdym słowem, gdy staruszek wrócił do środka.
- Na co czekasz? Dostałeś
zaproszenie od mojego dziadka, a to wiele znaczy. – powiedział, gdy zobaczył,
że Daniels wyraźnie się wacha przed przekroczeniem progu niedużego, wiejskiego
domku.
- Spotkał mnie wielki zaszczyt.
– Cole próbował zażartować, ale jego uśmieszek wyglądał niepewnie, a usta zadrżały
w kącikach. Kto by pomyślał, że do przestraszenia tego wielkiego, złego faceta
wystarczy podstarzały farmer z laską?
- Owszem. Jesteś dopiero
drugim facetem spoza wsi, którego wpuścił do domu. – próbował dodać mu trochę
otuchy, klepiąc go po plecach.
- A kto był pierwszym? –
brunet spojrzał na niego przez ramie.
- Mój ojciec.
- W takim razie obracam
się w doborowym towarzystwie. – spojrzenie Cola się wypogodziło. Zniknęły z
niego starach i niepewność, zastąpione przez rozbawienie i radość. Wszystko
jednak powróciło w chwili, gdy tuż po przekroczeniu progu stanął twarzą w twarz
z chmurnym spojrzeniem dziadka.
- Przyznaj się młody
człowieku, potrafisz grać w szachy?
- T-tak. – wydukał
niepewnie Daniels, jakby to był jakiś test, a on stał sam oko w oko z komisją egzaminacyjną.
- To dobrze. Dotrzymasz
mi towarzystwa przy partyjce. A wiedziałeś, że szachy wymyślił pewien…
Shane zdusił śmiech na
widok przerażonej miny Danielsa.
Coś czuł, że czekało ich
naprawdę ciekawe popołudnie.
Nienawidzę zdrady i dwulicowych dupków, tyle w temacie. Życzę weny i pozdrawiam Ive
OdpowiedzUsuńDziś przeczytałam całe opowiadanie i jestem zachwycona. Od momentu gdy była wzmianka o Danielsie już kibicowałam mu w sprawie rudego xp teraz po tym co zrobił kade mam nadzieję ,że im się uda. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńHej! Czytam twoje opowiadanie już o jakiegoś czasu i przyznaje, że jest naprawdę świetne. Tak samo jak koleżanka wyżej liczyłam na Danielsa odkąd się pojawił xd Kade jest dwulicową świnią, wytłumaczenie,że przespał się z nią na pożegnanie jest najgłupsze jakie może być. Zdrada to zdrada, a jej sie nie wybacza. Jak zdradził raz zrobi to ponownie. Tak myślę. Mam wieeeeeeelką nadzieje, że Shane jest na tyle ogarnięty, że mu nie wybaczy i się nie zejdą. I niech zwróci uwagę na Danielsa oczywiście. Zasługuje na kogoś takiego. Mam nadzieje, że to opowiadanie nie skończy się w taki szablonowy sposób gdzie się zejdą pomimo zdrad i wogle. Proooosze nie zniszcz tym tego opowiadania bo jest naprawdę bardzo fajne. :) Dużo wenki i pozdrawiam ;)
OdpowiedzUsuńJak Shane nie uświadomi sobie jakim Cole jest wspaniałym facetem, jakim czułym i wybierze Kade'a który zdradza, ale to nie zdrada tylko coś innego to się potnę łyżeczką. Kade nie będzie wierny, nie podoba mi się jego podejście i rudzielca skrzywdzi nie raz. Nie kibicuję mu w ogóle, niech układa sobie życie z laską szefa. Shane'a niech zostawi w spokoju.
OdpowiedzUsuńJa się wyłamię i powiem, że kibicuję wszystkim.
OdpowiedzUsuńTYLKO PISZ!
Hej,
OdpowiedzUsuńwspaniały rozdział, Cole przyjechał ;) w pewien sposób się cieszę, ale i żal mi jednak Kade, Shane go całkowicie odrzuca... powinien to wyjaśnić...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia