Betowała naturalnie strzalka14 :*
Steve w swoim życiu całował się nie raz i nie dwa. Zdecydowanie
wiedział na czym polega pocałunek i czego spodziewać się po swoich
partnerach. Delikatności, namiętności, uczucia, czasem brutalności,
zaznał tego wszystkiego. Zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. Jednak
żadne z jego dotychczasowych doświadczeń nie było w stanie przygotować
go na TO.
Pocałunek anioła z pozoru niewinny i delikatny, był niczym wstęp do
czegoś wielkiego. Obietnicą czegoś naprawdę ogromnego. Czegoś, czego
Steve nigdy nie zaznał.
To była przysięga.
Zapewnienie wieczności. Wspólnej przyszłości.
I to było cudowne.
Niczym uczucie ciepłych promieni słońca na skórze, powiew
orzeźwiającej bryzy na twarzy, szorstkość rozgrzanego piasku między
palcami, blask gwiazd odbijający się w oczach, smak ananasa w ustach,
upojne noce, leniwe poranki, wspólne śniadania, sprzeczki, kłótnie,
przytulanie, pocałunki. Wszystkie nadchodzące lata, których nie spędzi
już samotnie.
Bo Danny będzie z nim.
Jego anioł.
Jego ułamek zagubionej duszy, który odnalazł się i wskoczył na miejsce w chwili zetknięcia się ich ust.
Dusza Steve'a zawibrowała i zalśniła, rozjaśniając się do
oślepiającej bieli, ale jestestwo Dannego nie było wcale inne. Fioletowy
płomień wybuchł we wnętrzu anioła, rozchodząc się po całym jego ciele i
skrzydłach, których pióra napuszyły się, napierając bardziej na
Steve'a, lgnąc do niego i przywierając na całej powierzchni jego ciała,
zamykając go coraz ciaśniej i ciaśniej w swoich objęciach.
Sprasowując
go z ciałem Dannego tak, że nie wiadomo było, gdzie zaczyna się jeden, a
kończy drugi.
Steve rozchylił wargi, wydobywając z siebie dźwięk tak niski i
erotyczny, że nie sposób było pomylić go z czymkolwiek innym. Jego ciało
płonęło niczym płomień we wnętrzu anioła. Tonął we własnym pożądaniu i
potrzebie tak bardzo, że obawiał się, iż nie da rady zaczerpnąć tchu.
Danny nakrył ponownie jego usta swoimi i Steve na powrót mógł złapać
dech, jakby to anioł był powietrzem, którym oddychał i którego
potrzebował do życia.
Lecz czegoś im nadal brakowało. Danny był blisko, był tak blisko, jak
człowiek i anioł mogli być. Ich dusze, jestestwa się dotykały, muskały i
ocierały o siebie, niekiedy nawet splatały, ale to było zbyt mało. To
było niewystarczające.
- Danny. - głos Steve'a był cichy i zduszony z potrzeby i pragnienia.
W jego oczach zalśniły łzy, które potoczyły mu się po policzkach,
błyszcząc niczym diamenty w otaczającym ich blasku ich własnych dusz.
Danny starł obie krople, patrząc na nie, jak na coś niezwykle
pięknego i drogocennego. Błękitne oczy mieniły się zachwytem i uczuciem
tak wielkim, że Steve pewnie byłby przytłoczony tym, że można odczuwać
tak wiele naraz, gdyby nie to, że sam doznawał tego samego. Był
przeładowany emocjami, tymi wszystkimi uczuciami, dla których nie
potrafił znaleźć ujścia. A wiedział, że istnieje. Tu. W ramionach
Dannego.
- Proszę - wyszeptał nie wiedząc dlaczego i o co tak naprawdę prosi swojego anioła.
Danny spojrzał na niego poważnie, badając rysy jego twarzy i emocje, które się na niej malowały.
- Nie zrobię tego bez twojej zgody. - Głos anioła był pewny i
uroczysty, jakby te słowa miały wielkie znaczenie, jakby decyzja, którą
Steve miał podjąć była przełomowa.
- Tak - wyszeptał, nie odrywając wzroku, od błękitnych tęczówek, które zapłonęły fioletem jestestwa anioła.
- Tak - potwierdził Danny, wbijając się w jego usta, żądając do nich
natychmiastowego dostępu i Steve mu go dał. Pozwolił aniołowi wedrzeć
się do swojego ciała. Przyjął jego usta i język, tak, jak jego dusza
przyjęła jestestwo Dannego.
Fioletowy płomień zmieszał się z rozżarzoną do białości niebiesko-zieloną duszą, wybuchając w tęczy barw.
Steve zadrżał i krzyknął w usta Dannego, który odpowiedział głośnym
jęknięciem. Skrzydła anioła zalśniły ich wspólnym blaskiem, drżąc,
wibrując od mocy, stymulując rozpalone ciało Steve'a niczym tysiące
elektrycznych pocałunków.
Kolorów było coraz więcej i więcej. Zalewały ich obu wirując między
ich ciałami, przechodząc z jednego do drugiego bez żadnej bariery, jakby
stanowili jedną, nierozerwalną całość. Wirowały i wirowały, stając się
coraz jaśniejsze i jaśniejsze.
Steve już dawno przestał całować Dannego, nie będąc w stanie
powstrzymać się od sapnięć i jęków, które wspólnie dzielili, między ich
złączonymi ustami. Ich pokryte potem ciała lśniły, odbijając światło
unii ich jestestw. Dłonie błądziły pod rozchełstanymi ubraniami i między
zmierzwionymi piórami, napędzając, podniecając ich tylko mocniej i
mocniej. Obaj całkiem zatracili się w wirze szalonych barw, jaśniejących
i zlewających się coraz bardziej w jedną, czystą, obezwładniającą biel.
Unia wybuchła pomiędzy nimi, zalewając ich obu swoim oślepiającym
światłem i doskonałością.
Steve usłyszał krzyk. Nie wiedział, czy wydobył się z jego własnych
ust, czy z ust Dannego. To nie miało znaczenia. Ważna była tylko ta biel
i to, że pochłonęła go bez reszty, zabierając go ze sobą. Przywarł
ciaśniej do ciała anioła, który w tym całym szaleństwie był jedynym
stałym elementem. Jego kotwicą pomiędzy rzeczywistością, a czystym
obłędem. Stróżem, który się nim opiekował i nie pozwolił go skrzywdzić.
Jego drugą połową duszy.
I z tą świadomością Steve pozwolił bez reszty zawładnąć się światłu.
_____________________________________________________________
Nie wierzę, że to wyszło spod mojej ręki...