piątek, 17 listopada 2017

Tylko ciebie chcę - Rozdział 9

Rozdział betowała strzalka14, za co ogromnie jej dziękuję. Buziaki Kasiu :***
 
Był późny wieczór, gdy Stiles odzyskał przytomność. Otworzył oczy, po czym szybko je zamknął i skrzywił się sycząc boleśnie, gdy piekący ból rozszedł się po jego głowie. Nie miał pojęcia co się stało, ani gdzie się znajdował. Jedyne, o czym był w stanie myśleć, to ten dziwny sen. A może raczej wspomnienia, bo snem to z pewnością nie były. Gdy o tym myślał, obrazy, które widział, sytuacje, których był świadkiem i uczestnikiem, stawały się coraz bardziej realne. A przez to i coraz bardziej przerażające. Wracało do niego tak wiele wspomnień, uczuć, emocji. A także pytań.

Całość ->

piątek, 10 listopada 2017

Tylko cicbie chcę - Rozdział 8

Serce pik, pik, pik
dzień za szybą znikł,
w snach odwiedzą was małe anioły.
Serce pik, pik, pik,
Łowca fik, fik, fik
Pora spać, pora spać.

 


 


- Mamo, mamo, mamo! Zobacz! Udało mi się zrobić mój pierwszy amulet ochrony przed akumami. – mały Stiles wyciągnął ręce w stronę matki, trzymając na otwartych dłoniach niewielki drewniany krążek, na którym wyrył kuchennym nożem starożytne symbole, mające zapewnić ochronę temu, kto go nosił i zapobiec skażeniu jego ciała i duszy demoniczną mocą, która z kolei prowadziła do gnicia ciała i zamienienia się go w proch, jednym słowem śmierci. Stiles był z niego bardzo dumny. Zwłaszcza, że był on pierwszym, który stworzył i od razu okazał się dobry. A przynajmniej tak powiedziała Maria, a kto miałby więcej wiedzieć o znakach ochronnych i walce z akumami, niż ona?
 

czwartek, 9 listopada 2017

Żółta prowokacja

I kolejna część z serii Tęczowe McDanno. Po tym tekście odrobine spauzujemy z tym fandomem. Jutro czas dla fanów Teen Wolfa. Miłego dnia kochani!


- Danny! - Steve walnął kilka razy pięścią w drzwi, mając nadzieje, że jego partner wreszcie przestanie się zachowywać jak rozpieszczone, naburmuszone dziecko i wyjdzie z łazienki, którą okupował już od godziny. - Danny, otwórz drzwi.

- Nie! Idź sobie!

- Danny, nie bądź śmieszny.

- To wcale nie jest śmieszne! Ty nie rozumiesz, on zrobił to specjalnie! To cios poniżej pasa! To prowokacja! Max zrobił to specjalnie, z pełną premedytacją!

- Danny, to musi być przypadek. - westchnął, opierając czoło o zimną powierzchnię drewna.

- To celowe działanie! On zrobił to specjalnie! Zakpił ze mnie i z mojego maleństwa!

- Jeszcze tam siedzi? - spytał zdziwiony Chin, wychylając się zza ściany biura.

- Tak. - Steve załamał ręce. Nie miał już pomysłu, w jaki sposób mógł wydostać swojego partnera z łazienki, poza siłowym sforsowaniem drzwi. Nie pomogło kuszenie wspólnym wieczorem z piwem, pudełkiem słodkich, ociekających tłuszczem malasadas, czy krewetkami u Kamekony. Danny zignorował go nawet w momencie, gdy zaproponował mu wspólny weekend z Grace u niego na plaży i lot helikopterem grubasa.

- O co tak właściwie chodzi? Obraziłeś go czymś?

- Nie.

- Co jest grane? - zapytała Kono, wychodząc z windy z teczką dokumentów pod pachą i szerokim uśmiechem, który świadczył, że w drodze od Fonga musiała spotkać się lub przynajmniej rozmawiać przez telefon z Adamem.

- Danno zamknął się w łazience.

- Nie mówcie mi, że nadal nie przestał się wściekać o ten nowy samochód Maxa.

- Jaki samochód? - Chin zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.

- Max kupił sobie taki sam samochód, jaki ma Danny - powiedział Steve.

- I co w tym złego?

- To gówno jest w paskudnym, kanarkowożółtym kolorze! Jak można tak bardzo sprofanować Camaro!? Mówię wam, to prowokacja! Max chce mnie upokorzyć! On obraża moje auto! I wszystkie Camaro na świecie! - skrzywili się na głośne krzyki Williamsa.

- A nie przyszło ci do głowy, że Max zwyczajnie ma okropny gust? - Kono przewróciła oczami i
uśmiechnęła się pobłażliwie.

Po drugiej stronie drzwi zapanowała cisza. Wyglądało na to, że Danny zastanawiał się nad słowami koleżanki z zespołu. Mieli nadzieje, że w spokoju to sobie przetrawi i zaraz otworzy drzwi.

- NIE! - cała trójka jęknęła cierpiętniczo. - Max zrobił to specjalnie! I umyślnie zaparkował tym swoim przerośniętym, żółtym kurczakiem obok mojego maleństwa!

środa, 8 listopada 2017

Czerwień twej krwi największym dobrem

Tak, jak obiecałam, lecimy dalej :)
Kolejny PROMPT z serii Tęczowe McDanno. Jakoś szybciutko mi się to pisze.

Danny nigdy nie przepadał za szpitalami. Może miał coś z tym wspólnego fakt, że te zimne, bezosobowe sale zawsze kojarzyły mu się z bólem, chorobami i śmiercią. Wyjątek stanowiły sale dla dzieci i oddział położniczy, który dziwnym zbiegiem okoliczności też urządzony był w przyjemnych, jasnych kolorach. Ale jako, że Danny nie był ani dzieckiem, ani kobietą w ciąży, musiał jakoś wytrzymać w tym nieprzyjemnym otoczeniu. Zwłaszcza, że nie znajdował się w szpitalu bez powodu. Tego dnia odbywała się akcja oddawania krwi na rzecz chorej na raka Ellen, koleżanki z klasy Grace. Jego kochana małpka, jak na wzorową przyjaciółkę przystało, obiecała koleżance, że ktoś z jej rodziny na pewno się pojawi i odda krew potrzebującej.

Problem pojawił się, gdy trzeba było zdecydować, kto z nich przyjedzie oddać krew. Rachel odpadała z wiadomych powodów - panicznie bała się widoku krwi. Zapewne dlatego nie przepadała za jego pracą, uważając ją za byt krwawą i niebezpieczną. Danny był bardzo ciekawy, jak jego była żona znosiła okres, skoro zieleniała na sam widok czerwonych plam.

Stan natomiast o dziwo bardzo ochoczo podszedł do pomysłu oddania krwi. Podobno od lat był honorowym dawcą, uważając, że w ten oto sposób mógł pomagać ludziom w inny sposób, niż ładować kasę w instytucje charytatywne. Bardzo szlachetnie i choć niechętnie, Danny musiał mu to przyznać.

Niestety w noc przed dniem akcji, Stan dostał ostrej biegunki, o czym Rachel nie wahała się go poinformować, budząc go telefonem o czwartej nad ranem z informacją, że to jemu przypadnie zaszczyt oddania krwi. Pech chciał, że Danny nigdy wcześniej nie miał możliwości oddawać krwi. Oczywiście nie licząc tej odrobiny, która przeznaczona była na regularne badania konieczne w pracy w policji. To jednak było coś zupełnie innego. Szybkie ukłucie, sekunda ssania i po problemie. W tym czasie mógł udawać, że ziewa, czy odwrócić wzrok na coś, co rzekomo go zainteresowało, po czym robić zaskoczoną minę, że to już. Tu nie miał tej możliwości. Musiał usiąść na fotelu, patrzeć, jak wbijają mu igłę w żyłę i jak jego własna krew sunie długą rurką aż do foliowego woreczka z jakimś płynem, bujającego się na dziwnym urządzeniu z wagą, którego nazwy nie pamiętał. Skąd o tym wiedział? Oczywiście od wujka google.

Danny przełknął z trudem, gdy jedna z pielęgniarek podeszła do niego z niewielką żyletką w dłoni. Kobieta z pewnością zrobiłaby furorę w horrorach. Ten wzrok i maniakalny uśmiech mogły należeć tylko do psychopaty.

- Proszę podać rękę - poprosiła i Danny niepewnie wyciągnął dłoń, mając nadzieje, że nie spróbuje tą żyletką podciąć mu żył. Niemal był wstanie wyobrazić sobie jej demoniczny śmiech, gdy krwawiłby jak zarzynana świnia, tamując tryskającą jak fontanna, czerwoną ciecz wszystkim, co miałby pod ręką. Całe szczęście skończyło się tylko niewielkim nakłuciem palca, przez co odetchnął z niemałą ulgą, wypuszczając ze świstem powietrze przez usta.

- Nie było tak źle, czyż nie? - poklepała go po ramieniu. - Na pierwszy raz wszyscy tak reagują. - dodała, po czym wręczyła mu jakąś kartę i kazała pójść z tym dalej do lekarza. Nie zdążył nawet zapytać po co, bo jego miejsce zajęła kolejna osoba.

Po krótkim, standardowym sprawdzeniu stanu jego zdrowia, który okazał się tak zwyczajny, że aż nudny - zapewne za sprawą starego lekarza, który mówił i poruszał się tak wolno i flegmatycznie, że Danny aż zaczął ziewać - zmuszony był stanąć przed swoim największym koszmarem.

Samym oddaniem krwi.

W pomieszczeniu były cztery krzesła, przypominające odrobinę leżaki z szerokimi podłokietnikami, wokół których ciągnęły się kable, rurki i przewody, niczym jadowite węże, mające nagle ożyć i ugryźć go w dupę.

- Danny - wzdrygnął się, słysząc swoje imię. Koło wolnego krzesła, które miał zająć, siedział McGarrett we własnej osobie, szczerząc się do niego jak wariat. - Nie spodziewałem się, że tu przyjdziesz.

- Zdecydowałem się w ostatniej chwili. - usiadł na swoim miejscu, starając się nie patrzeć na to, co z jego ręką robi pielęgniarka.

- I słusznie. Im nas więcej, tym, lepiej. W końcu nie robimy tego bez powodu, prawda?

- Zgadza się - mruknął, przymykając oczy, gdy poczuł ból w zgięciu łokcia.

- Wszystko w porządku? Wyglądasz dość blado.

- W jak jego kurwa mać, najlepszym. - uśmiechnął się przepraszająco do pielęgniarki, która obrzuciła go karcącym spojrzeniem.

- Pierwszy raz?

- To aż tak oczywiste?

- Nie da się ukryć. Ale słuchaj, to nic złego, każdy kiedyś robił to po raz pierwszy. Kiedy ja oddawałem krew pierwszy raz, byłem zaledwie dziewiętnastoletnim szczylem. Byłem tak bardzo przerażony, że myślałem o zwianiu z krzesła już w chwili, gdy na nim siadałem.

- I jak sobie poradziłeś ze strachem? - spytał szczerze ciekawy. Jeśli istniał sposób na pozbycie się strachu przed igłą lub zapomnienie o niej na chwilę, był gotów się tego podjąć. Nawet jeśli miałoby być to coś tak głupiego, jak śpiewanie chihuahua na cały głos, czy odgrywanie Hamleta z ciśnieniomierzem w ręce.

- Był tam pewien mężczyzna, nie mógł być starszy od nas. Powiedział mi, że kilka lat wcześniej miał poważny wypadek samochodowy, w którym prawie zginęła jego córka. Uratowała ją jedynie szybka transfuzja krwi. Podobno od tamtej pory regularnie oddawał krew, chcąc choć minimalnie spłacić dług, który zaciągnął u Boga, który sprawił, że jego córeczka przeżyła. - Danny pociągnął nosem i w miarę dyskretnie przetarł oczy. - Ale najbardziej wzruszyło mnie to, gdy mi podziękował. Tak. Podziękował mi za to, że też chcę pomóc innym, oddając im cząstkę samego siebie. Dodał też, że jeśli się boję, to on może potrzymać mnie za rękę, że to mi doda otuchy. - Steve wyciągnął w jego stronę dłoń, a Danny, nawet nie wahał się położyć na niej swojej i uścisnąć.

McGarrett uśmiechnął się szeroko, zacieśniając uchwyt na jego ręce i Danny odkrył, że już się nie boi. Patrzenie na ciemnoczerwoną ciecz, wypływającą z jego żyły i biegnącą rurką, nie powodowało już u niego strachu, ani potrzeby ucieczki. Co więcej, czuł się dumny, że się na to odważył, szczęśliwy, że był w stanie w ten prosty (i tani) sposób pomóc innym i wdzięczny Steve'owi za jego pomoc. Bez niego najprawdopodobniej nie dałby rady.

- Dziękuję - powiedział, gdy stali już na korytarzu, przytrzymując opatrunki. - To mi pomogło.

- Nie ma za co. Cieszę się, że wszystko z tobą dobrze.

- Nie, poważnie, gdy by nie ty, prawdopodobnie zbłaźniłbym się na oczach wszystkich rodziców, przez co później Grace byłaby smutna, a Rachel usiłowałaby mi wydrapać oczy przez to, że skompromitowałem ich w oczach szkolnej rady.

- Nie sądzę żeby było tak źle.

- Nie znasz mojej byłej żony. Ale poważnie, mogę ci się w jakiś sposób odwdzięczyć? Nie wiem, piwo? Lunch?

- W sumie to czemu nie? Wpadnij do mnie wieczorem, napijemy się piwa, pogadamy i obejrzymy jakiś mecz.

- I potrzymamy się za ręce - prychnął rozbawiony. Nie mniej taki sposób spędzenia wieczoru jak najbardziej mu odpowiadał.

- Nie miałbym nic przeciwko. - Steve uśmiechnął się w ten nietypowy sposób, który sprawiał, że nogi Dannego stawały miękkie, jakby były zrobione z waty. Zaniemówił, nie mogąc wydusić z siebie słowa.

- Podobnie jak nie miałbym nic przeciwko, żebyś został dziś u mnie na noc.

wtorek, 7 listopada 2017

2 Urodziny Under :))) + Prezent

Witajcie moi drodzy! Jak zapewne wiecie lub nie, niedawno obchodziłam swoją drugą rocznicę. Tak, jestem z wami już ponad dwa lata. No kto by pomyślał? Z pewnością nie ja. Niestety w tamtym tygodniu nie miałam zbyt wiele czasu na świętowanie i pisanie, dlatego odbijam sobie w tym. Zaczęłam już w weekend i zamierzam skończyć w piątek (a może nie (: ). W tym czasie pojawi się na blogach kilka tekstów. Na pewno nie mniej niż trzy, które już mam dla was przygotowane (w tym kolejny rozdział Tylko ciebie chcę ), ale może okazać się ich więcej. O czym to ja jeszcze miałam? A tak. Będę starała się powoli wracać do w miarę regularnego pisania. Co to oznacza? Nowe teksty lub kolejne rozdziały pojawiające się nie rzadziej, niż co dwa tygodnie, ale będę starała się żeby to było częściej. Dlatego zapraszam do częstszego zaglądania ;) Dalej. Nie ukrywam, że więcej tekstów oznacza też dla mnie dłuższe siedzenie przed komputerem i sprawdzanie tych moich wypocin, co i tak zwykle nie przynosi zadowalającego efektu, bo wierzcie, strasznie ciężko sprawdza się tekst, który zna się na pamięć. Dlatego, jeśli ktoś ma czas i chęci, (i siłę do szturchania mnie od czasu do czasu, gdy się zatnę XD ) to z wielką przyjemnością i otwartymi ramionami przyjmę taką betę.
No cóż, to chyba wszystko z ogłoszeń. Zatem pozostaje nam ta najprzyjemniejsza część - moje serdeczne dzięki dla was za ten wspaniały rok, a także mały prezent na miły początek dnia. Buziaki :***

(= PREZENT =)

niedziela, 5 listopada 2017

Po drugiej stronie lustra - Rozdział 1

 
Derek ziewnął przeciągle i przetarł dłońmi zaspaną twarz. Odrzucił na bok cienką kołdrę, którą przykrywał się w czasie snu bardziej z powodu nawyku i prywatnego kaprysu odcięcia się w pewien sposób od świata w małym kokonie, niż z potrzeby osłonięcia się przed zimnem, jak to czynili ludzie. Derek nie był człowiekiem. Był wilkołakiem i jego wilcza część utrzymywała temperaturę jego ciała zawsze powyżej ludzkiej normy i nie spadała nawet podczas snu, gdy jego organizm odpoczywał i się regenerował.

Całość ->
 

sobota, 4 listopada 2017

Spotkanie w parku - Supernatural

Michael siedział znudzony na ławce w parku, patrząc jak jego młodsze rodzeństwo bawi się na placu zabaw wraz z innymi dziećmi z ich osiedla. Koniuszek jego jasnego ogona podrygiwał rytmicznie na jego udach, w takt niesłyszalnej melodii.

- Ja… Um…Mogę… mogę się przysiąść? – spojrzał w stronę głosu. Koło niego stał młody, zawstydzony omega. Jego policzki zabawione były ciemnym rumieńcem, z pomiędzy krótkich, rudoblond włosów wystawały lisie uszka, które położone były płasko, a długi, puchaty ogon zawinięty był wokół ściśniętych razem nóg. Chłopak był naprawdę słodki i nie wyglądał na więcej niż osiemnaście, dziewiętnaście lat.

- Ja przepraszam. Lepiej już pójdę.

- Siadaj. – Michael zaprzeczył szybko ruchem głowy i przesunął się, robiąc omedze miejsce. – Przepraszam, po prostu się zagapiłem. – na jego słowa twarz chłopaka przybrała jeszcze głębszy odcień czerwieni, który mógł konkurować z tym, pojawiającym się na jego własnych uszach i policzkach po tym, jak zdał sobie sprawę, że otwarcie się przyznał do gapienia się na omegę.

- Przepraszam, nie to miałem na myśli. Nie to, żeby nie było się na co patrzeć. Po prostu mnie zaskoczyłeś i dlatego na ciebie spojrzałem. Na każdego bym spojrzał. Ale nie, że w taki sposób. Bo jesteś naprawdę ładny i słodki i bardzo mi się podobasz. – omega zachichotał, zakrywając usta dłonią. – Wybacz, chyba będzie lepiej jak się zamknę. – miał ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu.

- Mam na imię Dean. – chłopak wyciągnął przed siebie dłoń. - Jestem starszym bratem Sama. On, Gabriel i Lucyfer chodzą do jednej klasy.

- Michael. Bardzo mi miło. – uścisnął dłoń omegi, nie przestając się na niego patrzeć. Dopiero wtedy dostrzegł jakie piękne, zielone oczy miał chłopak.

Blondyn odchrząknął i spuścił wzrok zaskoczony.

- Ja… To znaczy… - na policzkach Deana pojawiło się więcej czerwieni, a Michael zdał sobie sprawę, że nadal trzymał omegę za dłoń. Co więcej gładził kciukiem po lekko szorstkich kostkach i wierzchu dłoni.

- Przepraszam. – uśmiechnął się przepraszająco, nie puszczając jednak jego ręki, na co Dean odpowiedział potaknięciem i lekkim wygięciem warg.

- Dean… ja… Właściwie to zrobiło się dość późno. Dałbyś zaprosić się na obiad. Z Samem rzecz jasna. Tu na rogu jest całkiem niezły bar mleczny i pomyślałem, że…

- Chętnie.

- Naprawę?

- Tak, czemu nie? – omega uśmiechnął się szeroko, a Michael poczuł jak jego nogi miękną. – Pod warunkiem, że będą mieli tam dobrą szarlotkę.



Sam, Lucyfer, Gabriel, Castiel i Rafael siedzieli wspólnie na drabince, przyglądając się w zaciekawieniu starszym braciom.

- Oni są beznadziejni, jak długo można umawiać się na jedną randkę? – fuknął rozgniewany Lucyfer, nie spuszczając zirytowanego spojrzenia z braci.

- Myślisz, że wreszcie się uda? – zapytał Sam, nie zwracając uwagi na to, że Gabriel skubie końcówkę jego ogona, strosząc na niej futro.

- Mam nadzieję. Wtedy moglibyśmy spotykać się częściej i się wspólnie bawić. Mógłbym pokazać ci mój pokój i tą nową grę, którą dostałem.

- Myślicie, że ten ładny omega nas polubi? – zapytał najmłodszy Castiel, patrząc zaciekawiony na to jak Michael i Dean rumienią się, nie mogąc oderwać od siebie wzroku.

- Jasne. I będziemy jedną, wielką szczęśliwą rodziną – wyszczerzył się Gabriel. – To co mogę ci już mówić bracie? – zwrócił się do Sama.

- Tylko wiesz, że jak Sam zostanie twoim bratem, to nie będzie mógł zostać twoją omegą? – Gabriel zamarł na słowa brata, ściskając w pięściach ogon Sama, który zaczął krzyczeć i się wyrywać.

- Cofam to! Oni nie mogą być razem. Zabraniam!