poniedziałek, 23 lipca 2018

Anioł we fioletowym krawacie cz.5

Betowała naturalnie strzalka14 :*

Steve w swoim życiu całował się nie raz i nie dwa. Zdecydowanie wiedział na czym polega pocałunek i czego spodziewać się po swoich partnerach. Delikatności, namiętności, uczucia, czasem brutalności, zaznał tego wszystkiego. Zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. Jednak żadne z jego dotychczasowych doświadczeń nie było w stanie przygotować go na TO.

Pocałunek anioła z pozoru niewinny i delikatny, był niczym wstęp do czegoś wielkiego. Obietnicą czegoś naprawdę ogromnego. Czegoś, czego Steve nigdy nie zaznał.

To była przysięga.

Zapewnienie wieczności. Wspólnej przyszłości.

I to było cudowne.

Niczym uczucie ciepłych promieni słońca na skórze, powiew orzeźwiającej bryzy na twarzy, szorstkość rozgrzanego piasku między palcami, blask gwiazd odbijający się w oczach, smak ananasa w ustach, upojne noce, leniwe poranki, wspólne śniadania, sprzeczki, kłótnie, przytulanie, pocałunki. Wszystkie nadchodzące lata, których nie spędzi już samotnie.

Bo Danny będzie z nim.

Jego anioł.

Jego ułamek zagubionej duszy, który odnalazł się i wskoczył na miejsce w chwili zetknięcia się ich ust.

Dusza Steve'a zawibrowała i zalśniła, rozjaśniając się do oślepiającej bieli, ale jestestwo Dannego nie było wcale inne. Fioletowy płomień wybuchł we wnętrzu anioła, rozchodząc się po całym jego ciele i skrzydłach, których pióra napuszyły się, napierając bardziej na Steve'a, lgnąc do niego i przywierając na całej powierzchni jego ciała, zamykając go coraz ciaśniej i ciaśniej w swoich objęciach. 
Sprasowując go z ciałem Dannego tak, że nie wiadomo było, gdzie zaczyna się jeden, a kończy drugi.

Steve rozchylił wargi, wydobywając z siebie dźwięk tak niski i erotyczny, że nie sposób było pomylić go z czymkolwiek innym. Jego ciało płonęło niczym płomień we wnętrzu anioła. Tonął we własnym pożądaniu i potrzebie tak bardzo, że obawiał się, iż nie da rady zaczerpnąć tchu.

Danny nakrył ponownie jego usta swoimi i Steve na powrót mógł złapać dech, jakby to anioł był powietrzem, którym oddychał i którego potrzebował do życia.

Lecz czegoś im nadal brakowało. Danny był blisko, był tak blisko, jak człowiek i anioł mogli być. Ich dusze, jestestwa się dotykały, muskały i ocierały o siebie, niekiedy nawet splatały, ale to było zbyt mało. To było niewystarczające.

- Danny. - głos Steve'a był cichy i zduszony z potrzeby i pragnienia. W jego oczach zalśniły łzy, które potoczyły mu się po policzkach, błyszcząc niczym diamenty w otaczającym ich blasku ich własnych dusz.

Danny starł obie krople, patrząc na nie, jak na coś niezwykle pięknego i drogocennego. Błękitne oczy mieniły się zachwytem i uczuciem tak wielkim, że Steve pewnie byłby przytłoczony tym, że można odczuwać tak wiele naraz, gdyby nie to, że sam doznawał tego samego. Był przeładowany emocjami, tymi wszystkimi uczuciami, dla których nie potrafił znaleźć ujścia. A wiedział, że istnieje. Tu. W ramionach Dannego.

- Proszę - wyszeptał nie wiedząc dlaczego i o co tak naprawdę prosi swojego anioła.

Danny spojrzał na niego poważnie, badając rysy jego twarzy i emocje, które się na niej malowały.

- Nie zrobię tego bez twojej zgody. - Głos anioła był pewny i uroczysty, jakby te słowa miały wielkie znaczenie, jakby decyzja, którą Steve miał podjąć była przełomowa.

- Tak - wyszeptał, nie odrywając wzroku, od błękitnych tęczówek, które zapłonęły fioletem jestestwa anioła.

- Tak - potwierdził Danny, wbijając się w jego usta, żądając do nich natychmiastowego dostępu i Steve mu go dał. Pozwolił aniołowi wedrzeć się do swojego ciała. Przyjął jego usta i język, tak, jak jego dusza przyjęła jestestwo Dannego.

Fioletowy płomień zmieszał się z rozżarzoną do białości niebiesko-zieloną duszą, wybuchając w tęczy barw.

Steve zadrżał i krzyknął w usta Dannego, który odpowiedział głośnym jęknięciem. Skrzydła anioła zalśniły ich wspólnym blaskiem, drżąc, wibrując od mocy, stymulując rozpalone ciało Steve'a niczym tysiące elektrycznych pocałunków.

Kolorów było coraz więcej i więcej. Zalewały ich obu wirując między ich ciałami, przechodząc z jednego do drugiego bez żadnej bariery, jakby stanowili jedną, nierozerwalną całość. Wirowały i wirowały, stając się coraz jaśniejsze i jaśniejsze.

Steve już dawno przestał całować Dannego, nie będąc w stanie powstrzymać się od sapnięć i jęków, które wspólnie dzielili, między ich złączonymi ustami. Ich pokryte potem ciała lśniły, odbijając światło unii ich jestestw. Dłonie błądziły pod rozchełstanymi ubraniami i między zmierzwionymi piórami, napędzając, podniecając ich tylko mocniej i mocniej. Obaj całkiem zatracili się w wirze szalonych barw, jaśniejących i zlewających się coraz bardziej w jedną, czystą, obezwładniającą biel. Unia wybuchła pomiędzy nimi, zalewając ich obu swoim oślepiającym światłem i doskonałością.

Steve usłyszał krzyk. Nie wiedział, czy wydobył się z jego własnych ust, czy z ust Dannego. To nie miało znaczenia. Ważna była tylko ta biel i to, że pochłonęła go bez reszty, zabierając go ze sobą. Przywarł ciaśniej do ciała anioła, który w tym całym szaleństwie był jedynym stałym elementem. Jego kotwicą pomiędzy rzeczywistością, a czystym obłędem. Stróżem, który się nim opiekował i nie pozwolił go skrzywdzić. Jego drugą połową duszy.

I z tą świadomością Steve pozwolił bez reszty zawładnąć się światłu.

piątek, 20 lipca 2018

Inny

Dawno nie wrzucałam niczego w tym fandomie. Aż sama trochę za nim zatęskniłam.
Betowała cudowna strzalka14:*

Derek przedzierał się przez las, starając się zachowywać najciszej, jak potrafił. Patrzył uważnie pod łapy, nie chcąc nadepnąć na żadną gałązkę, która mogłaby się złamać z głośnym trzaskiem, tym samym zdradzając obcemu jego obecność.

Tydzień wcześniej na terenie watahy Hale pojawił się Inny - jak nazwała go jego matka. Młody, samotny wilk, trzymający się z daleka od jakiejkolwiek watahy, nie był czymś normalnym. Peter mówił, że tylko wygnańcy podróżowali sami lub osobniki, które straciły swoja watahę. W takich jednak przypadkach wilki zgłaszały się do najbliższego stada z prośbą o ich przyjęcie, a alfy miały obowiązek udzielić im schronienia.

Całość ->

piątek, 13 lipca 2018

Od pierwszego wejrzenia

Steve już w przedszkolu poznał miłość swojego życia. Bo jak mógł nie pokochać blondwłosego chłopca, który wywoływał eksplozje?

Steve ziewnął szeroko i przetarł zaspane oczka, po czym podrapał się po różowych skrzelach na szyi. Czas leżakowania powoli dobiegał końca, gdy zbudził go dziwny hałas dobiegający z drugiego końca sali. Pani Kono i pan Chin stali pochyleni nad małym blondynkiem, który był u nich nowy. Podobno przeprowadził się na Hawaje wraz z rodzicami z New Jersey, bo tata Danego - tak miał na imię chłopiec - dostał posadę w tutejszej centrali głównej straży pożarnej. A przynajmniej tak mówiła mama Steve'a.
Steve początkowo myślał, że chłopiec zaczął płakać i dlatego opiekunowie stali nad nim i go pocieszali, ale jego wyczulona, focza intuicja i cichy odgłos wybuchu kazał mu sądzić, że to coś zgoła innego. Na czworaka podkradł się do chłopca, nie zważając na to, że odrobinę szorstka, kłująca wykładzina, wbijała się w jego wrażliwe i delikatne błony między palcami. Wychylił ostrożnie głowę nad ramieniem blondyna i... I to, co zobaczył, sprawiło, że w jego oczach pojawiły się serduszka, a przynajmniej tak nazwałaby to Mary Ann. Dłonie Dannego były szeroko rozłożone, a na ich środku pojawiały się małe, cudowne wybuchy.
- Ale czaderska indywidualność! - krzyknął podekscytowany, sprawiając tym, że chłopiec odruchowo się skulił i odsunął. - Możesz tak zrobić jeszcze raz? To jest takie fajne.
- N... Naprawdę ci się podoba? - twarzyczka Dannego pokryła się czerwonym kolorem, gdy patrzył onieśmielony na Steve'a
- Oczywiście, że tak. Wybuchy są super - powiedział podekscytowany, nie zważając na kręcenie głowami i przewracanie oczami opiekunów, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z jego zamiłowania do oglądania strzelanin i eksplozji.
- Ja... Cieszę się. - Nawet uszy blondyna pokryły się szkarłatem, co Steve uznał za całkiem fajne i urocze, w końcu podobny kolor miały płomienie w filmach katastroficznych, które zawsze oglądał z tatą.
- Chcesz się ze mną bawić? - Steve zaproponował od razu, nie chcąc, by inne dzieci go ubiegły. W końcu to on pierwszy zobaczył te cudowne eksplozje i to on je zaklepał. Danny był jego kolegą i nie pozwoli, by inne dzieci go zabrały.
Danny potaknął z szerokim uśmiechem i dał się Steve'owi zaciągnąć do kącika z klockami. Zabawa w rozbiórkę budynków była wspaniała, zwłaszcza momenty, gdy Danny rozsadzał całe konstrukcje.
To był początek naprawdę wielkiej miłości Steve'a ... do pakowania się w kłopoty. I do Dannego rzecz jasna.

środa, 4 lipca 2018

Anioł we fioletowym krawacie cz. 4


Betowała strzalka14, której bardzo dziękuję :*


Czas zdawał się stanąć w miejscu. Nie było niczego poza nimi dwoma i ciepłego kokonu z anielskich piór, który ich otaczał. I choć Steve wiedział, że poza nim czeka go prawdziwe piekło, szalejące płomienie i strzelanina, to tu czuł się prawdziwie bezpieczny. Tak, jak jeszcze nigdy się czuł. Miał wrażenie, że w ramionach Dannego, między jego skrzydłami był w domu. Tam, gdzie powinien znajdować się już od dawna.

Nie rozumiał tego uczucia, ale pragnął i lgnął do niego całym sobą.

Jego życie było pasmem niebezpieczeństw. Nie pamiętał już dni, kiedy nie musiał oglądać się za siebie. Kiedy wyglądanie niebezpieczeństwa nie było czymś normalnym, zwyczajnym. Nie pamiętał już czasów, kiedy był wyłącznie sobą, samym Stevem, a nie komandorem porucznikiem Stevem McGarrettem. A tu się właśnie tak czuł.

Błękitne oczy Dannego zdawały się błyszczeć jeszcze intensywniej, niż zwykle. Przeszywały go swoim spojrzeniem, docierając do najdalszych głębi jego jestestwa. Przenikając wprost do jego duszy. I co dziwne, wcale się tego nie obawiał. Nie próbował się w żaden sposób zakryć, osłonić. Nie przed swoim aniołem. A to dlatego, że Danny nie próbował osłaniać się przed nim. Steve go widział w całej okazałości. Takim, jakim anioł był naprawdę.

Nie miał pojęcia czy to była dusza anioła, czy cokolwiek innego. Widział tylko szalejący, fioletowy płomień wirujący w jego wnętrzu. Płomień, który powinien być gorący i przerażający, a był ciepły, łagodny i przyjemnie delikatny w dotyku.

Tak, Steve mógł go dotknąć. Nie rozumiał w jaki sposób, ale dotykając Dannego był w stanie dotknąć jego wnętrza, jego jestestwa tak, jak anioł był w stanie dotknąć jego. I to wcale nie było straszne. To było cudowne.

Steve zadrżał cały, gdy jego zielono-niebieska dusza zetknęła się z fioletowym płomieniem, będącym jestestwem Dannego. Zacisnął dłonie, wczepiając się palcami w śnieżnobiałą koszulę na ramionach anioła. Przylgnął do niego całym ciałem, jakby nie mógł znieść przestrzeni między nimi. Jakby dotyk samego ciała był niewystarczający. Samo otarcie się, zetknięcie ich wnętrz było czymś zbyt małym.

- Ćśśśś - wyszeptał Danny, obejmując go pewniej. - Spokojnie, jestem tutaj. Odpuść.

Ale Steve nie mógł tego zrobić. Skulił się, wtulając w ciało anioła, mimo to, że to on był tym wyższym, postawniejszym, ale w tamtym momencie zdawał się niknąć w szerokich ramionach Dannego. Po jego policzkach spływały łzy bezradności. Bo choć był tak blisko swojego anioła, jak tylko mógł, to nadal nie było wystarczające. Ich jestestwa nadal się jedynie o siebie ocierały, zaczepiając samymi krańcami, mimo że Steve całym sobą wyrywał się do Dannego. Nie mógł go dosięgnąć. A wiedział, że musiał. Nie pojmował skąd, ani w jaki sposób nabył tą wiedzę. Ale był pewny, że musiał dotknąć Dannego, jego dusza musiała go dotknąć, spleść się i połączyć z płomieniem anioła. Łaknęła tego i potrzebowała, jakby od tego zależało jej życie. Jego życie.

Steve spojrzał na swoje dłonie. Nie widział już swoich palców. Nie było skóry, mięśni, ani kości. Była tylko jego zielono-niebieska dusza, wijąca się, dopasowująca kształtem do konturów płomieni Dannego. Jakby podświadomie wiedziała jaki kształt przybrać, by połączyć się z nim, niczym dwa dopasowane puzzle w układance.

- Danny - zadrżał i zaszlochał w swojej bezsilności.

- Nie wiesz, na co się piszesz. - Anioł pokręcił bezradnie głową. - Nie, to ja nie wiem, na co się obaj piszemy.

- Danny? - W oczach Steve'a nadal błyszczały łzy. Nie pamiętał, by kiedykolwiek płakał tyle, co w tamtym momencie. Z drugiej strony chyba nigdy nie pragnął czegoś tak usilnie i bezpardonowo. Nigdy nie potrzebował niczego i nikogo tak bardzo, jak teraz Dannego.

Anioł westchnął i uśmiechnął się czule do Steve'a, nakrywając dłońmi jego policzki i ocierając palcami ślady łez.

- Steve, nie możemy. To tylko chwilowe - powiedział Danny, lecz obaj wiedzieli, że te słowa nie były prawdą. Fioletowy płomień ściemniał i zawirował gwałtowniej w okolicy serca anioła, jakby zbulwersowany jego słowami i postawą. Danny odwrócił wzrok zawstydzony, po czym ponownie spojrzał mu w oczy. Niebieskie tęczówki błysnęły fioletowym blaskiem, po czym stało się coś, czego Steve się za nic nie spodziewał.

Danny go pocałował.

środa, 27 czerwca 2018

Anioł we fioletowym krawacie cz. 3

Betowała naturalnie strzalka14 :*


Steve dziwnie się czuł ze świadomością, że znajdował się teraz kompletnie sam. Co prawda wcześniej też był sam, ale od czasu, gdy pierwszy raz spotkał Dannego było jakoś inaczej. Nie czuł się taki... Samotny. Ciągle miał gdzieś w podświadomości, że zawsze ktoś jest obok, że ktoś go obserwuje i nad nim czuwa. I może z początku było to dziwne, ale z czasem się do tego przyzwyczaił. Zdarzało mu się nawet rzucić jakiś głupi tekst przed swoimi kilkuminutowymi prysznicami o tym, że ma nadzieję, że anioł nie będzie go podglądał, czy chociaż zakryje oczy.

Świadomość, że nie jest sam, że ktoś nad nim czuwa w czasie tych wszystkich pościgów i bezustannej walki z przestępczością, sprawiały, że czuł się, jakby po raz pierwszy od długiego czasu, miał partnera. Kogoś, kto krył jego plecy. I może go nie widział, ale wiedział, że on tam jest i będzie go strzegł.

Po odejściu Dannego czuł się w pewien sposób nagi, odsłonięty, bezbronny. Miał wrażenie, że w każdej chwili narażony jest na atak z zaskoczenia. Że zaraz ktoś wyskoczy zza winkla i właduje mu kulkę w bebechy. Nawet we własnym domu nie potrafił wyluzować. Zaczął przed snem po kilka razy sprawdzać okna i drzwi. Pod poduszką obok standardowego pistoletu znalazły się nóż, granat i noktowizor.

Wiedział, że zaczyna dostawać paranoi, i że inni to dostrzegają. Kono musiała być przekonana, że jest śledzony, a Chin... Chin tylko kręcił głową, proponując mu urlop i to taki z daleka od Hawajów, gdzie na jakiś czas mógłby zmienić klimat i oczyścić głowę ze zbędnych myśli.

Oni nie rozumieli tego, co się z nim działo. Nie mogli, skoro o niczym im nie mówił. Bo niby co miał powiedzieć? Spotkałem swojego anioła stróża i okazało się, że wkurzyłem go na tyle, by mnie zostawił. Jak nic skończyłoby się wizytą u terapeuty. Kono zapewne usiadłaby przy nim, potarła jego ramię ze współczującym uśmiechem i powiedziała, że jak potrzebuje, to ona zawsze go wysłucha. Chin pewnie zrobiłby coś podobnego, pod tym względem kuzynostwo było do siebie dość podobne. Cho Kelly pewnie zaproponowałby mu jeszcze spotkanie z szamanem w celu przebłagania opiekuńczych duchów jego rodu i poproszenia ich o dalszą opiekę. Choć jakoś nie chciało mu się wierzyć, że ktoś potraktowałby jego słowa naprawdę poważnie. Początkowo nawet on sam tak tego nie traktował. Myślał, że to wszystko było tylko wynikiem jego znarkotyzowanej lekami przeciwbólowymi wyobraźni. A przynajmniej do chwili, gdy zaczęły się dziać te wszystkie dziwne rzeczy.

Zaczęło się dość niewinnie, od zranienia stopy szkłem na jego prywatnej plaży, gdy skończył pływać po porannym treningu. Co samo w sobie było dziwne, bo skąd niby szkło na jego terenie? Doszedł jednak do wniosku, że to ocean wyrzucił je na brzeg, a on nie był zbyt uważny, więc w nie wdepnął. Niedługo później złamał nogę skacząc z PIERWSZEGO piętra w pogoni za złodziejem, a następnie jakiś nastolatek ćwiczący karate obił mu żebra. Najgorsze i najbardziej zawstydzające wydarzenie miało jednak miejsce w jego własnym domu, gdy poślizgnął się pod prysznicem i uderzył głową w podłogę, przez co stracił przytomność. Na szczęście lub nieszczęście Chin był wtedy u niego w domu i usłyszał łupnięcie spowodowane jego upadkiem.

Od tamtego czasu jego zespół nabrał pewności, że ktoś nałożył na niego klątwę, przez którą prześladował go pech. Co prawda próbował się z nimi wykłócać i tłumaczyć im, że w nic takiego nie wierzył, ale oni wiedzieli swoje i nie dali sobie niczego powiedzieć. Zaczęli przynosić mu jakieś talizmany i zioła, mające odczynić zły urok, ale nic nie pomagało. Wypadki, choć niezbyt poważne zdarzały się nadal i do Steve'a coraz bardziej docierało, jak wielką i ciężką robotę robił Danny, sprawując nad nim opiekę.

Nie miał pojęcia, jak powinien przeprosić swojego anioła i poprosić go o powrót do pracy. Początkowo myślał, że spróbuje z nim porozmawiać, zawołać go, ale to nie przynosiło żadnych efektów. Próbował się modlić, przepraszać Dannego, raz poszedł nawet do kościoła i złożył na tacę dość sporą sumę na pomoc bezdomnym, lecz nawet to nie przekonało anioła do zmiany zdania. Zdesperowany poszedł nawet do medium, która rzekomo miała pomóc mu się z nim skontaktować, lecz gdy ta powiedziała mu, że Danny odmawia kontaktu z nim, całkowicie się załamał. Skapitulował, nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić.

Powoli zaczynał rozważać odejście z pracy. Jego obecność coraz bardziej narażała zespół. Nie tylko w pracy, ale i poza nią. Przebywanie z nim groziło niebezpieczeństwem. Jakby przyciągał do siebie wszystkie nieszczęścia, które dotykały także tych znajdujących się blisko niego. A przynajmniej on tak to widział.

~*~

To miało być jego ostatnie zadanie. Miał dopaść Hessa i odejść na wcześniejszą emeryturę, gdzie zamierzał pomóc szkolić dzieciaki w surfingu.

Plan był prosty, wejść do magazynu, zatrzymać Hessa i dwóch zbirów, którzy byli tam razem z nim. Co było w tym trudnego, gdy mieli za wsparcie połowę tutejszego HPD? Nikt nie przewidział jednak, że Hess będzie miał pod ręką M60. Seria z karabinu spłoszyła większość policjantów, którzy pochowali się za radiowozami. Tylko nieliczni wychylali się zza nich od czasu do czasu, ostrzeliwując stary magazyn i próbując zranić któregoś ze zbirów. W tym jego zespół, z nim na czele. Steve próbował nawet przedrzeć się ukradkiem i wejść do środka jakimś oknem, czy bocznym wejściem. Tuż za nim podążał Chin. Kono już wcześniej została wyznaczona do zajęcia pozycji na dachu sąsiedniego budynku, gdzie czekała tylko na dogodną chwilę do oddania strzału z karabinu snajperskiego.

Wejście do magazynu było dużo łatwiejsze, niż z początku zakładał. Hess i jego goryle byli zbyt zajęci wymianą ognia z HPD, by oglądać się za siebie. Steve z Chinem prześlizgnęli się do środka bez większych problemów, przez tylną bramę, która zabezpieczona łańcuchem, nie była do końca zamknięta. Huki wystrzałów zagłuszały ich kroki, pozwalając zbliżyć się do przeciwnika bez strachu o zdemaskowanie. Byli już blisko, Steve był w stanie dostrzec całą trójkę, słyszał nawet jak klną, przeładowując magazynki. Mógł ich trafić. Wystarczyłoby wymierzyć i pociągnąć za spust. Nie mógł jednak tego zrobić. Potrzebował Hessa żywego. Ten drań nie zasłużył na szybką śmierć. Miał żyć i spędzić resztę życia w więzieniu za zbrodnie, których się dopuścił. I choć Steve chciał go zastrzelić, zobaczyć jak ten drań się wykrwawia i zdycha na jego oczach za to, że zabił z zimną krwią jego ojca, to wiedział, że nie może tego zrobić. Jego ojciec by tego nie chciał.

Chin puknął go lekko w ramię i spojrzał na niego wymownie. Steve wiedział, że zawiesił się na chwilę. Skinął koledze głową, że wszystko jest już w porządku i dał znać, by ruszali.

Nie zrobili nawet kroku, gdy jedna ze zbłąkanych kul, świsnęła obok nich, trafiając w zbiornik z benzyną.

Steve miał jeszcze na tyle świadomości, by wepchnąć China za paletę ze złomem, przy której przycupnęli. Sam jednak nie zdążył się schować.

Widział płomienie, jakby w zwolnionym tempie. Potężny kłąb ognia i gorącej fali uderzeniowej pędził w jego stronę, a on nie był w stanie nic zrobić. Żałował tylko, że nie dał rady samodzielnie dorwać Hessa i w ten sposób pomścić śmierć ojca. Żałował, że nie zdążył pożegnać się z Chinem i Kono, powiedzieć im, że byli dla niego jak rodzina i nie chciałby, żeby obwiniali się o jego śmieć, co z pewnością będzie miało miejsce, szczególnie w przypadku mężczyzny. A najbardziej żałował, że nie udało mu się pogodzić z Dannym. Bo choć anioł był wkurzający i uparty, to Steve zdążył go polubić i trochę za nim tęsknił.

Ogień był coraz bliżej, topiąc broń w jego dłoniach, paląc ubranie i parząc skórę.

Steve wypuścił ostatni oddech i zamknął oczy, żegnając się z życiem. Po czym otworzył je gwałtownie, czując obejmujące go ramiona i dotyk czegoś miękkiego na policzku. Napotkał spojrzenie błękitnych oczu, wpatrzonych w niego z uporem, determinacją i siłą tak wielką, że Steve czuł się pod jej ciężarem niczym dziecko, przy olbrzymie. Danny obejmował go rękami w pasie, otaczając ich obu śnieżnobiałymi, połyskującymi, puszystymi skrzydłami. Zamykając ich w nich, niczym w pierzastym kokonie.

- Danny? - wyszeptał Steve, nie mogąc uwierzyć w to, co się działo.

- Naprawdę sądziłeś, że pozwolę ci tak marnie umrzeć? Nie na mojej zmianie.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Żona idealna - Boku no Hero Academia


Dziękuję bardzo mojej drogiej becie, nie tylko za korektę, ale i za nadążanie za moim szalonym skakaniem między fandomami :*



Bakugo od dziecka wiedział, że jest wyjątkowy. Odkąd w przedszkolu przebudziła się jego indywidualność i wszyscy zaczęli mu mówić, jakie to zarąbiste szczęście miał potrafiąc tworzyć wybuchy, za pomocą gruczołów potowych na swoich dłoniach, które wytwarzały coś podobnego do nitrogliceryny, wiedział, że jest szczególny. Że zostanie w przyszłości bohaterem. Ale nie takim pierwszym lepszym, jakich pełno było dookoła. On był na to zbyt wyjątkowy. Chciał być kimś takim jak All Might. Nie. On chciał być kimś sto razy lepszym. Być nowym numerem jeden, będącym w stanie pokonać najpotężniejszego bohatera. Ale nie tylko pod tym względem chciał być lepszy od swojego idola. Chciał pokonać go na każdym polu. Pod względem popularności, zarabiania pieniędzy, powodzenia u dziewczyn. A co najważniejsze, w przeciwieństwie do All Mighta, chciał się ożenić.
Ale jego żona nie mogła być taką pierwszą, lepszą osobą. Na pewno musiałaby być ładna, bo w końcu jakby to wyglądało, gdyby na pierwszych stronach gazet przy jego boku stał jakiś paszczur. Nie musiałaby być przesadnie inteligentna, ale dobrze by było, gdyby wiedziała to i owo. Powinna umieć gotować i sprzątać, bo on naturalnie jako superbohater nie miałby czasu na takie głupoty. No i co ważniejsze, powinna tak, jak on być bohaterem. W dodatku silnym. Najlepiej takim, który dotrzymywałby mu kroku. Rozumiejącym jego potrzebę zostania bohaterem. Najlepszym. Broniącym ludzi.
Dobrze by było też, żeby jego przyszła żona potrafiła mu się czasami postawić. Wiedział, że bywa wrzodem na dupie. Zwłaszcza, gdy coś nie szło po jego myśli. No i byłoby ekstra, gdyby małżonka potrafiła mu przemówić do słuchu. Nie przesadnie. W końcu to on był tu facetem. To jego powinno się słuchać. Ale tak tylko trochę. Tak przystopować go, gdyby się zapędził. Gdyby zbaczał z wyznaczonego wcześniej kursu. Powinna być jego sumieniem. Partnerem. Aniołem o błyszczących, zielonych oczach i równie zielonych, kręconych, krótkich włosach. Z uroczymi piegami na policzkach. Z drobnym, ale idealnie wyrobionym ciałem, z zarysowanymi mięśniami.
I nie wiedzieć czemu ta jego przyszła, idealna żona przypominała mu dziwnie tego cholernego Deku.

________________________________________

Bardzo polubiłam to anime, dlatego zapewniam, że nie będzie to jedyny tekst w tym universum. Zaczęłam też pracę nad umieszczeniem w nim pewnego pairingu z TW.

wtorek, 12 czerwca 2018

Anioł we fioletowym krawacie cz. 2

Betowała naturalnie strzalka14 :*


To nie tak, że umyślnie pchał się w niebezpieczne sytuacje. Naprawdę. Gdyby miał możliwość, siedziałby w domu, na swoim ukochanym lanai, piekł na grillu ananasa i pił piwo, nie zważając na nic. Ale nie mógł. Był komandorem porucznikiem. Przywódcą Five-0, jednostki zajmującej się zwalczaniem przestępczości na Hawajach. Miał swoje obowiązki, które nierzadko pakowały go w niebezpieczne akcje. Jak walka z yakuzą, rosyjską mafią, zamach bombowy na lotnisku w czasie przylotu zagranicznego ambasadora, czy pościg za seryjnym mordercą. Czasem nawet na dość dużych wysokościach.

- Wydawało mi się, że podczas naszego ostatniego spotkania wyraziłem się dostatecznie jasno. - Steve usłyszał znajomy głos i spojrzał w jego stronę.

- Danny? - Zapytał niepewnie. Na sąsiednim, szpitalnym łóżku siedział anioł we własnej osobie. Nadal w tej swojej niedorzecznej, nieskazitelnie białej koszuli i fioletowym krawacie. Ze zmarszczonymi brwiami i skrzyżowanymi na piersi rękami sztyletował go wzrokiem. - Co ty tu robisz?

- Co ja tu robię? On śmie pytać, co ja tu robię! - prychnął anioł, z niedowierzeniem kręcąc głową. - A jak ci się wydaje, hę? Jak zawsze ratuję twój lekkomyślny tyłek. Swoją drogą naprawdę myślałeś, że możesz wyjść bez szwanku, skacząc z drugiego piętra? Myślisz, że potrafisz latać? Houdini jesteś, czy co?

- Skoro tu jesteś, czy to znaczy, że ja nie żyję? - Nie wiedział, czy bardziej czuł smutek, czy rozczarowanie na tą myśl. Nie udało mu się jeszcze dorwać Hessa. Miał jeszcze tak wiele do zrobienia.

- Na twoje szczęście, a moje nieszczęście, żyjesz.

- To dlaczego tu jesteś?

- Tak, ja też szalenie się cieszę, że cię widzę i nie, wcale nie musisz mi dziękować za to, że TYLKO uratowałem ci znowu życie. Nie kłopocz się, przecież to ZNOWU nic takiego.

- Dlaczego tu jesteś? - zapytał ponownie Steve, czego anioł zdawał się nie słyszeć, nagle zainteresowany swoimi paznokciami. - Danny? - Zainteresowanie blondyna przeniosło się na jego krawat. Oglądał go, przeplatał między palcami i od niechcenia, strzepywał z niego niewidzialne paprochy.

Steve przewrócił oczami.

- Ok. Dziękuję.

- No. Tak trudno było to z siebie wykrzesać? Naprawdę powinieneś nauczyć się używać tego magicznego słowa. Byłoby miło usłyszeć je od czasu do czasu, gdy codziennie zwalasz mi na głowę tyle roboty. Czy myślisz, że ja nie mam uczuć? Oczywiście, że mam uczucia! I czuję się bardzo zraniony i zbulwersowany, gdy każdego dnia uwalasz się na wyrku bez jednego słowa podziękowania.

- To czego ode mnie oczekujesz? Mam się modlić przed snem?

- Nie miałbym nic przeciwko, Stary z pewnością też nie, ale wystarczyłoby jedno, magiczne słowo, którego dzisiaj już się nauczyłeś.

- Dziękuję - prychnął Steve, odwracając się od upierdliwego anioła i skrzywił się, gdy jego ciało zareagowało nagłym bólem. Bolały go plecy i cała lewa strona ciała, zwłaszcza bark i łopatka, na które musiał upaść. Miał nadzieję, że jego kości nie były zbytnio pogruchotane. To by oznaczało, że na dłuższy czas utknąłby w domu na chorobowym. Kono i Chin wyrzuciliby go z siedziby Five-0 na zbity pysk, gdyby tylko odważył się przekroczyć jej próg przed przynajmniej częściowym dojściem do siebie. I pewnie poprosiliby jedną ze swoich kuzynek, czy kuzynów o doglądanie go w domu, by sprawdzić, czy zbytnio się nie forsuje. Nie byłby też wcale zdziwiony, gdyby przez najbliższe tygodnie nawiedzały go całe tabuny ciotek i babć z rodu Cho Kelly-Kalakaua, chcące napoić go ciepłymi rosołkami, czy innymi pseudo zdrowymi miksturami.

- Ej! Jesteś tam?- zawołał Danny pstrykając palcami obok ucha Steve'a, na co ten spojrzał na niego z wyraźną irytacją. - Mówię do ciebie. Słyszałeś coś z tego, co powiedziałem?

- Daj mi spać - burknął obrażony niczym małe dziecko. - Zmęczony jestem.

- Aha, czyli ty masz prawo być zmęczonym, a ja nie? Tak się nie będziemy bawić. - Warknął anioł, na co Steve niemal jęknął z bólu, bo pulsowanie w głowie tylko przybrało na sile. - Mam dość użerania się z tobą, rozumiesz? Dość. D-O-Ś-Ć. Dość. Nie zamierzam cię dłużej niańczyć. Skończyłem z opiekowaniem się tobą.

- Co? Jak to? O czym ty mówisz?

-Tak to. Nie mam zamiaru być dłużej twoim aniołem stróżem. Wolę zostać zawieszony, niż użerać się z tobą choćby jeden dzień dłużej. - Danny stał z rękami podpartymi pod boki i patrzył na Steve'a wyzywająco, jakby się spodziewał, że ten zaprotestuje. On jednak nie miał takiego zamiaru. Uważał, że jeśli anioł miał zamiar odejść, niech sobie idzie w cholerę. Krzyżyk na drogę, jak to się mówiło.

- Spoko - powiedział tylko, wzruszając ramionami, na co syknął z bólu, zagryzając zęby na poduszce. Powinien na przyszłość pamiętać o uszkodzonym barku.

- Spoko? - zapytał Danny.

- Tak, spoko.

- Mówisz, że już nie potrzebujesz mojej opieki?

- Oczywiście, że nie. Nie jestem dzieckiem, żeby trzeba było mnie niańczyć. Nie jesteś mi do niczego potrzebny.

- Jesteś tego pewien? - Steve'owi zdawało się przez chwilę, że usłyszał nutkę smutku w głosie anioła, ale musiało mu się wydawać. Danny zbyt ochoczo podchodził do porzucenia pracy jako jego anioł stróż, by się z tego nie cieszyć.

- Tak - potwierdził ostatecznie.

- Jak sobie życzysz - wyszeptał anioł nim zniknął.